2026-01-29
W nagrodę nie… grasz
Zakończyła się faza ligowa Ligi Mistrzów. Po pierwszej części prestiżowych rozgrywek na największe pochwały zasługuje z pewnością… UEFA.
To drugi sezon, w którym obowiązują nowe zasady rywalizacji. Zamiast fazy grupowej wprowadzono ligową. Czyli jeszcze więcej drużyn (36), jeszcze więcej meczów (8 plus ewentualnie 2 dodatkowe) dla każdej z nich, za co z pewnością UEFA na pochwały nie zasługuje, wręcz odwrotnie. Ale jak w życiu – coś za coś, dlatego jest też zdecydowanie więcej emocji. I trzeba przyznać, że pod tym względem jej pomysł na razie sprawdza się świetnie.
Skoro wszystkie drużyny lądują w jednej tabeli to przy tak niewielkiej liczbie meczów w porównaniu z ich liczbą, przy losowym wyborze tylko części przeciwników (nie ma szans, by obowiązywała zasada – każdy z każdym) różnice w tabeli muszą być minimalne. A skoro są, o ostatecznej kolejności przy równej liczbie punktów decyduje korzystniejszy bilans bramek.
Jeszcze w pierwszej edycji obowiązywania fazy ligowej niektórzy potentaci na początku podchodzili do rywalizacji na zbyt dużym luzie. Szybko jednak się okazało, że to może się dla nich źle skończyć i albo odpadną z rozgrywek, albo w najlepszym razie będą musieli grać dwa mecze więcej. Czyli odpuszczać żadnego się nie opłaca. Wręcz odwrotnie, żeby mieć pewny awans do 1/8 finału (z miejsc 1-8) trzeba ostro walczyć od pierwszej do ostatniej kolejki. Bo jeśli nie, pozostaje walka, wspomniane 2 mecze więcej, w barażach dla drużyn z miejsc 9-24. Czyli, paradoksalnie, po pierwszej części rozgrywek największą nagrodą dla najlepszych jest to, że nie będą musieli… grać. Mogą odpoczywać w dwóch terminach.
W zamian UEFA zafundowała wszystkim niezwykłe emocje. Z 18 meczów ostatniej kolejki tylko w jednym wynik nie miał znaczenia dla obu drużyn. W 17 pozostałych przynajmniej jedna o coś jeszcze walczyła. A wzorcowym wręcz tego przykładem była końcówka meczu Benfiki Lizbona z Realem Madryt. W doliczonym czasie gry ta pierwsza prowadziła 3:2, ale zamiast bronić zwycięskiego wyniku jej trener, José Mourinho, przy rzucie wolnym posłał na pole karne rywali swojego bramkarza, Anatolija Trubina.
Nielogiczne? Wręcz przeciwnie. Z aktualizowanej na żywo tabeli wynikało, że Benfice brakuje jednej bramki, by wskoczyć na 24. miejsce, ostatnie gwarantujące udział w barażach. I Ukrainiec w ósmej minucie doliczonego czasu gry zdobył głową bramkę, dzięki której Benfica awansowała do tych baraży!!! Szczerze przyznał po meczu, że był mocno zdziwiony, gdy kazano mu pobiec na pole karne rywali. Zwyczajnie nie znał układu tabeli.
W ten sposób Mourinho odniósł pierwsze zwycięstwo w trenerskiej karierze nad Realem, z którym kiedyś pracował, a który przez porażkę w Lizbonie wypadł poza pierwszą ósemkę i będzie musiał zagrać w drugiej połowie lutego w barażach.
Na razie w Lidze Mistrzów rządzą kluby angielskie. W trwającym sezonie występuje w niej ich rekordowa liczba, aż sześć. Wszystkie awansowały do następnej rundy, przy czym aż pięć - Arsenal Londyn, Liverpool, Tottenham Hotspur, Chelsea Londyn i Manchester City - znalazło się w pierwszej ósemce i jest już w 1/8 finału! Tylko Newcastle United musi o niego walczyć w barażach.
Nie radziłbym się jednak zbytnio rozpędzać i upatrywać w jednej z angielskich drużyn faworyta do triumfu w rozgrywkach. W ubiegłym sezonie bezcenny Puchar Mistrzów zdobył Paris Saint-Germain, który dopiero rzutem na taśmę w ostatniej kolejce zdołał awansować do baraży. Czyli emocje dopiero się zaczynają...
▬ ▬ ● ▬







