2025-12-26
Telenowela i greckie wesele
W mocno subiektywnym podsumowaniu kończącego się roku, tym razem o tych związanych z polską piłką, którzy zasłużyli na rózgę pod choinką.
Pierwsze nazwisko narzuca się samorzutnie, jeszcze świeżo po zakończeniu trwającej kilka tygodni telenoweli związanej ze zmianą trenera w Legii Warszawa. Jej właściciel i prezes Dariusz Mioduski kolejny raz udowodnił, że zawsze jest w stanie zapewnić mediom ciekawy temat. Ciekawy jednak z punktu widzenia tych, którzy niekoniecznie wspierają klub przez niego rządzony. Nie mam najmniejszego zamiaru po raz kolejny rozbierać na czynniki pierwsze szopki powstałej z okazji przenosin Marka Papszuna z Częstochowy do Warszawy i (chyba już) zanudzać nią czytelników. Zaryzykuję nawet twierdzenie, że to najwyżej element większej całości, z powodu której pan prezes zasługuje na wyróżnienie ZA CAŁOKSZTAŁT swej działalności.
Nie dołączę się do głosu kibiców Legii w wulgarny sposób podpowiadających mu, co powinien zrobić, bo zdaję sobie sprawę, że rządzenie tym klubem do łatwych nie należy. Sam go niedawno porównywałem do wulkanu i zdania nie zmieniam, czekając tylko na kolejną erupcję, która niewątpliwie nastąpi. Ale, po pierwsze, posiadanie klubu nie jest obowiązkowe. A, po drugie, nikt przecież nie obiecywał, że będzie łatwo. Odnoszę jednak wrażenie, że pan Mioduski od lat ROBI WSZYSTKO, by sobie jeszcze utrudnić zadanie.
O trenerach i sposobie ich zatrudniania przez niego można by napisać książkę. Chyba jako jedyny wierzył w powodzenie eksperymentu pod tytułem Ricardo Sá Pinto. Jego pomysły na kierunki rozwoju klubu, ze słynnym chorwackim wątkiem, przypominały komedię przechodzącą w tragifarsę. Teraz okazało się, że Legii potrzebnych jest dwóch sportowych dyrektorów, jeden krajowy, drugi zagraniczny, Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Legii najbardziej potrzebna jest jej normalność. I mam poważne wątpliwości, czy w tym klubie to w ogóle możliwe.
Próbował mu w kończącym się roku dorównać Widzew Łódź. Zastanawiam się nawet, czy słowo „próbował” zostało użyte właściwie. Bo może już dorównał, jeśli chodzi o sumę dokonań w kończącym się roku? Najpierw był PR-owy samobój z brakiem zdecydowanego dementi ze strony klubu, że po przejęciu go jeszcze w poprzednim sezonie przez nowego właściciela, ma zamiar od razu podbić Ekstraklasę. Jedni wymontowali hamulce i zaczęli mówić nawet o walce o mistrzostwo, drudzy ograniczyli znacznie ich działanie wspominając o miejscu gwarantującym udział w przyszłym sezonie w europejskich pucharach.
Z każdą kolejną kolejką atmosfera wokół Widzewa gęstniała, czego efektem było zwalnianie/zatrudnianie trenerów oraz dyrektorów sportowych. A największego zamieszania narobił ten zatrudniony ponownie, choć ponownie tylko na chwilę jako tymczasowy trener, Patryk Czubak, nazywany przez media „młodym i ambitnym”. A skończyło się tak (za: sport1.pl):
„Maciej Szymański, wiceprezes Widzewa Łódź, oficjalnie złożył rezygnację ze swojej funkcji. Jego mandat w zarządzie łódzkiego klubu wygaśnie 8 października, co symbolicznie kończy burzliwy okres w historii klubu. Odejście Szymańskiego następuje po serii kontrowersji związanych z jego weselem w Grecji, które doprowadziło do wizerunkowego kryzysu Widzewa”.
A w samym środku tego „wizerunkowego kryzysu” pojawił się wspomniany już trener:
„Punktem zapalnym, który doprowadził do rezygnacji Szymańskiego, była jego uroczystość weselna zorganizowana w Grecji. Wydarzenie to stało się przyczyną poważnego kryzysu wizerunkowego, gdy na jaw wyszło, że wśród gości znalazł się Patryk Czubak – niedawno awansowany z funkcji asystenta na stanowisko pierwszego trenera zespołu. Kontrowersje wzbudziło przede wszystkim to, że szkoleniowiec opuścił swoje obowiązki i poleciał świętować, podczas gdy piłkarze Widzewa realizowali indywidualne plany treningowe, będąc rozproszeni po różnych częściach świata.
Sprawa nabrała rozgłosu, gdy media zaczęły pytać o nieobecność trenera. Klub początkowo reagował chaotycznie, udzielając niespójnych informacji. Ostatecznie Czubak został wezwany do natychmiastowego powrotu do Łodzi, jednak po powrocie nie zastał tam wszystkich zawodników, co tylko dolało oliwy do ognia i spotęgowało falę krytyki wobec zarządu klubu”.
Jak można to skomentować? Może tak – to się działo naprawdę!
I na koniec Lech Poznań. Jego pracownicy postanowili wykazać się aktywnością w mediach społecznościowych podczas pobytu w Madrycie przy okazji meczu w Lidze Konferencji z Rayo Vallecano. Mistrz kraju z piłkarskiej prowincji, który od lat bezskutecznie marzy, by zagrać w Lidze Mistrzów, przyjechał do miasta, które w trwającym sezonie ma aż dwóch przedstawicieli w prestiżowych rozgrywkach i dwa wspaniałe stadiony, na których odbywają się w nich mecze. Ale przyjezdnym nie spodobał się stadion trzeciego madryckiego klubu. Pochwalili się w internecie filmikiem, na którym obśmiali warunki panujące w szatni na Estadio de Vallecas.
Trener Rayo Vallecano raczej nie musiał specjalnie motywować swoich piłkarzy. Wystarczyło, żeby pokazał im wspomniany filmik. Lech do przerwy prowadził 2:0. Gospodarze w drugiej połowie odrobili straty, a w doliczonym czasie gry dobili rywali, strzelając zwycięską bramkę!
Jak można to skomentować? Chyba najlepiej – pycha kroczy tuż przed upadkiem.
▬ ▬ ● ▬








