2025-10-10
Rwana, szarpana...
Reprezentacja Polski pokonała 1:0 Nową Zelandię w meczu towarzyskim rozegranym w Chorzowie. Poza wygraną nie bardzo było się czym zachwycać.
To drugi mecz z Nową Zelandią, który miałem okazję obserwować. Ten pierwszy odbył się w 2002 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim, jeszcze w innej epoce. Miejscowy stadion miał wszystkie miejsca pod dachem na czterech krytych trybunach, co, biorąc pod uwagę ówczesną mizerię sportowej infrastruktury, było czymś wyjątkowym.
Wyjątkowy był też trener reprezentacji, Zbigniew Boniek. Może dlatego najlepiej zapamiętałem z meczu nie boiskowe wydarzenia, ale pyskówkę na pomeczowej konferencji pomiędzy nim i dziennikarzami. Nie pamiętam już o co dokładnie poszło, ale pamiętam doskonale, że przynajmniej część redaktorów nie darzyła selekcjonera sympatią, zresztą z wzajemnością. Boniek odniósł wtedy najcenniejszy wynik w swojej, na szczęście krótkiej, selekcjonerskiej karierze. Polska wygrała 2:0. Wcześniej pokonała tylko San Marino, remisując z Belgią i przegrywając z Łotwą oraz Danią.
Po tym ostatnim meczu zdezerterował, porzucając reprezentację, z którą nawet nie wrócił z Kopenhagi do Polski. I to należałoby uznać za jego największy selekcjonerski… sukces. Czyli, że tak szybko zostawił ją w spokoju, co z całą pewnością wyszło drużynie na dobre.
Przed kolejnym spotkaniem z Nową Zelandią w Chorzowie selekcjoner Jan Urban zapowiadał, że w wyjściowym składzie będzie sporo zmian, by pograli ci, którzy wcześniej pełnili u niego głównie rolę rezerwowych. Ale chyba mało kto się spodziewał, że wymieni prawie wszystkich. Szczególnie obsada jednej pozycji, określanej jako „totalna sensacja”, wzbudziła skoro komentarzy. Chodziło o miejsce w bramce w wyjściowym składzie. Media już namaściły w tej roli Kamila Grabarę. Jednak Urban od pierwszej minuty wystawił Bartłomieja Drągowskiego.
Gdy to spokojnie przeanalizować, naprawdę trudno decyzję uznać za „totalnie sensacyjną”. Trener wszystko przecież zakomunikował, choć raczej między wierszami. Bo czyż nie stwierdził, że o Grabarze ostatnio „mówi się za dużo”? Czyż na sugestię, że wyjdzie w podstawowym składzie, dodał, że „połowy w meczu są dwie”? I dopiero od początku drugiej w bramce stanął bramkarz VfL Wolfsburg. A selekcjoner w ten sposób pokazał, że to on ustala zasady funkcjonowania drużyny, którą prowadzi i nie ma zamiaru nikomu się przypodobać, ani nikogo na siłę uszczęśliwiać.
Na konferencji prasowej po meczu był pytany o ocenę zmienników, których posłał do boju. Jak mógł migał się od wystawiania cenzurek stwierdzając, że „gra była rwana, szarpana”, a „w takich warunkach trudno się wyróżnić”. Rzeczywiście boiskowymi wydarzeniami ciężko się było zachwycać, a dokonana przez selekcjonera ocena idealnie oddaje przebieg meczu. Dość wyrównanego, tylko z dobrymi fragmentami polskiej drużyny. I zwycięską bramką stanowiącą jego ozdobę. Zdobył ją strzałem z linii pola karnego Piotr Zieliński. Piłka uderzyła w poprzeczkę, by następnie odbić się od murawy już za linią bramkową.
Wbrew pozorom, choć było to spotkanie towarzyskie, zwycięstwo jest jednak bardzo cenne. Zdobyte punkty liczą się bowiem w rankingu reprezentacji, który stanowić będzie potem podstawę przy losowaniu par barażowych do finałów mistrzostw świata i może zaważyć przynajmniej na tym, żeby z pierwszym przeciwnikiem grać u siebie. Do tego potrzebny jest jeszcze jeden warunek, czyli zajęcie drugiego miejsca w grupie. Czyli także korzystny rezultat w niedzielę w Kownie z konfrontacji z Litwa.
▬ ▬ ● ▬








