2026-02-27
Prawie niestety robi różnicę
Dwie polskie drużyny walczyły w czwartek w barażach o awans do 1/8 finału Ligi Konferencji. Obie wygrały rewanżowe mecze, choć jedna niestety odpadła.
I właśnie jej występ, Jagiellonii Białystok, jest obszernie komentowany, co niezbicie kolejny raz dowodzi, że przegrani są medialnie ciekawsi od zwycięzców. Lech wygrał ponownie z fińskim z Kuopionem Palloseura, tym razem w Poznaniu 1:0 po bramce Pablo Rodrígueza (wcześniej 2:0 na wyjeździe) i zgodnie z planem awansował do 1/8 finału. Tak miało być i tak było, więc nie bardzo jest się czym podniecać. Odwrotnie niż w przypadku Jagiellonii.
Przed tygodniem napisałem, że w rywalizacji obu polskich drużyn wszystko jest już „pozamiatane”. Jagiellonia przegrała przecież u siebie z Fiorentiną 0:3, więc trudno było liczyć na odrobienie strat. Lepiej było liczyć na… Fiorentinę, czyli:
„No, chyba, że ta przegra sama ze sobą, lekceważąc przed rewanżem rywali”.
I jej trener Paolo Vanoli postanowił w tym pomóc zakładając, być może słusznie, że ważniejsze dla prowadzonej przez niego drużyny jest utrzymanie w Serie A niż rywalizacja najsłabszych pucharowych rozgrywkach w Europie. Dlatego znów nie posłał do boju najsilniejszego składu. I dlatego dość szybko zaczął dokonywać w nim korekt wprowadzając zmiany. Pierwszą już w przerwie, gdy zastąpił w bramce Lucę Lezzerini, któremu dał pograć tylko w meczach z Jagiellonią, Davidem de Geą.
Goście z Białegostoku prowadzili wtedy 2:0 po dwóch golach 19-letniego Bartosza Mazurka i odrobienie po przerwie strat z pierwszego meczu wydawało się jak najbardziej realne, bo we Florencji radzili sobie bez najmniejszych kompleksów. Tak się rzeczywiście stało, gdy wspomniany młodzian skompletował w drugiej połowie hat-tricka, co oznaczało konieczność wyłonienia zwycięzcy rywalizacji w dogrywce.
A w niej zadecydowało jedno niepewne wyjście do piłki bramkarza Jagiellonii Sławomira Abramowicza. Wypiąstkował ją zbyt krótko, co zakończyło się po chwili jego przelobowaniem i zdobyciem bramki przez gospodarzy. Gdy dołożyli drugą, sytuacja drużyny z Białegostoku stała się niemal beznadziejna. Niemal, bo walczyła do końca, a Jesús Imaz tuż przed końcem dogrywki zdobył jeszcze gola zapewniając jej zwycięstwo 4:2. Zabrakło kolejnego, by doprowadzić do karnych.
Przyznaję, że po pierwszej połowie zacząłem sobie w głowie układać co napiszę w komentarzu, gdy po przerwie Jagiellonia odrobi straty i awansuje. Myślałem o tym z prawdziwą rozkoszą, bo ile to już razy zaznaczałem po niezbyt optymistycznych puentach, że „bardzo chciałbym się mylić”. Szkoda, że niestety znów się nie pomyliłem.
Występ Jagiellonii, oczywiście szeroko komentowany w rodzimych mediach, jest określany jako „prawie cud”. Prawie robi niestety wielką różnicę. Bardziej podoba mi się określenie „szacunek” dla tego, czego dokonała we Florencji. Że nie „pękła” po pierwszym meczu zakończonym fatalnym dla niej rezultatem. Zdobyte dzięki temu występowi doświadczenia – doprawdy bezcenne.
Może kiedyś dożyjemy czasów, że wyeliminuje z europejskich pucharów teoretycznie silniejszy włoski zespół w pełnym składzie bez żadnego cudu, tylko dlatego, że zwyczajnie będzie lepsza.
PS: Fiorentina znów przyjedzie do Polski, by zagrać z Rakowem Częstochowa (nie musiał grać w barażach) w 1/8 finału Ligi Konferencji. W tej samej rundzie (losowanie par odbyło się w piątkowe popołudnie) Lech Poznań zmierzy się z Szachtarem Donieck.
▬ ▬ ● ▬







