2026-02-22
Piłka w cieniu totalitaryzmów
W poniedziałkowy wieczór Teatr Telewizji pokaże sztukę „Ezi”. Miałem okazję już ją obejrzeć na jednym z dwóch przedpremierowych pokazów.
Zorganizowano je w Chorzowie i Warszawie, czyli miastach związanych z dwoma tytułowymi bohaterami – Ernestem Wilimowskim i Kazimierzem Górskim. Obaj byli wybitnymi postaciami polskiej piłki, ale tylko jednego nikomu przedstawiać nie trzeba. Drugi przez lata stał się „białą plamą”, skutecznie wyretuszowaną z historii.
Sztuka, napisana przez Roberta Talarczyka, a wyreżyserowana przez Janusza Zaorskiego, opowiada o ich spotkaniu podczas finałów mistrzostw świata w Republice Federalnej Niemiec w 1974 roku. Reprezentacja Polski była rewelacją imprezy, zajmując ostatecznie trzecie miejsce. Wieczorem w dniu poprzedzającym być może najważniejszy mecz w historii rodzimej piłki, z gospodarzami we Frankfurcie nad Menem, Wilimowski, który nosił pseudonim „Ezi”, przyjeżdża do hotelu Sonne-Post w Murrhardt, bazy polskiej reprezentacji podczas mistrzostw, by całą noc przegadać z Górskim.
Polska nigdy nie była tak blisko walki o mistrzostwo świata. Gdyby pokonała wtedy Niemców, zagrałaby w finale. Pod koniec sztuki, gdy zaczyna świtać, zza okna dochodzi dziwny szum. Rozpoczyna się ulewa, która spowodowała opóźnienie meczu, a w konsekwencji uniemożliwiła Polakom zaprezentowanie ich największych atutów, które pewnie pokazaliby na suchej murawie.
Górski obiecał Wilimowskiemu, że załatwi mu wejściówkę na finał. Ten odpowiedział: „Niemcy zawsze wygrywają”. I rzeczywiście na zalanym wodą boisku wygrali 1:0, a zwycięską bramkę zdobył „ten mały”, jak go nazywał Wilimowski, czyli Gerd Müller.
Pierwsze pytanie, jakie w naturalny sposób przychodzi do głowy – czy do takiego spotkania w Murrhardt rzeczywiście doszło? Zapytałem o to syna Kazimierza Górskiego, Darka. Nie miał najmniejszych wątpliwości:
„Wiem, że doszło na pewno, choć raczej nie wyglądało i nie trwało tak długo jak w sztuce”.
Wilimowski wyciągnął butelkę… bimbru („sam robiłem!”), która pomogła rozwiązać języki. I zaczęła się długa rozmowa. Teoretycznie głównie o piłce, ale tak naprawdę o strasznych czasach, w których przyszło im żyć. Ich dialogi nie nudzą widzów, co jest zasługą nie tylko autora sztuki, ale także dwóch aktorów odgrywających główne role. Szczególnym wyzwaniem była niewątpliwie ta powierzona Zbigniewowi Zamachowskiemu, który wcielił się w postać Górskiego. Ciekawiło mnie jak wielkie stanowiła dla niego wyzwanie, biorąc pod uwagę jak niezwykle charakterystyczną postacią był najsłynniejszy polski trener. Tak odpowiedział:
„Każdy z nas ma w większym lub mniejszym stopniu charakterystyczne cechy. Pan Kazimierz był nimi obdarzony dosyć poważnie, ale to wcale nie było ułatwieniem. Dla mnie stanowiło pewien kłopot, jak podejść do zagrania tej roli, żeby nie otrzeć się o kabaret. Żeby to nie była jakaś parodia. Coś, do czego moglibyśmy się tylko uśmiechać lub z tego śmiać. Nie dało się ominąć pewnych charakterystyczności, pewnego akcentu lwowskiego, sposobu mówienia. Bo bez tego nie byłby to pan Kazimierz. Zatem starałem się znaleźć jakiś złoty środek, oczywiście cały czas korzystając z uwag Janusza Zaorskiego i mając fenomenalnego partnera w postaci Andrzeja Chyry, grającego Ernesta Wilimowskiego”.
Komplementy dla partnera na planie nie stanowiły tylko wyrazów zawodowej kurtuazji. Chyra rzeczywiście stworzył intrygującą postać stanowiącą wypadkową swoistej przekory z poczuciem własnej wartości. Wilimowski był bowiem fantastycznym piłkarzem. W 1938 roku w pierwszym meczu reprezentacji Polski w finałach mistrzostw świata z Brazylią we francuskim Strasburgu zdobył CZTERY bramki! Niestety rywale z legendarnym Leônidasem wygrali po dogrywce 6:5. Mecz niezwykły, jak niezwykła jest biografia Wilimowskiego. W polskiej lidze w spotkaniu z Union-Touring Łódź wygranym 12:1 zdobył dla Ruchu Chorzów, którego był ikoną, DZIESIĘĆ bramek! Górski przyznał, że oglądał go wtedy w akcji, jednak nie… pochwalił:
„Na boisku myślałeś głównie o sobie”.
Ale jednocześnie przyznał:
„Byłeś moim idolem. We Lwowie mówili, że jestem drugim Wilimowskim”.
W czasie II wojny światowej Wilimowski występował w reprezentacji III Rzeszy. Po jej zakończeniu nie wrócił do Polski. Komunistyczne władze wykreśliły go z historii rodzimej piłki, uznając za zdrajcę. Dla nich wszystko było albo białe, albo czarne. Nikogo nie interesowało, że w ten sposób uniknął przymusowego wcielenia do służby w Wehrmachcie. Nikogo nie interesowało, że jego matka została zadenuncjowana i trafiła do obozu w Auschwitz, a on w ten sposób pomógł ją z niego wyciągnąć.
Tak mówił o sobie:
„Ja jestem Górnoślązakiem. Nie Niemcem, nie Polakiem”.
Przyszło mu dorastać w miejscu, w którym stykały się dwa wielkie narody, patrzące z nieufnością na ten mniejszy, więc jako Ślązak naznaczony był od początku ciężarem, który życia nie ułatwiał, wręcz przeciwnie.
Ale z nocnej rozmowy wyłoniła się ciekawa teza. Wilimowski zauważył, że Górski też „grał dla okupantów”. Występował przecież podczas wojny we Lwowie w miejscowych drużynach, w mieście pozostającym pod sowiecką władzą. A konkluzja jest taka, że gdyby był lepszym piłkarzem, pewnie dostałby od tej władzy propozycję nie do odrzucenia – gry w reprezentacji Związku Radzieckiego!
W momencie, w którym się spotkali, należeli do dwóch odległych światów. Górski u szczytu popularności, uwielbiany przez cały naród. Wilimowski wyklęty i zapomniany, przynajmniej w wersji oficjalnej. Ale przecież obaj byli do siebie bardzo podobni. Obaj prezentowali wybitny poziom, jeden na boisku, drugi na trenerskiej ławce. Obaj byli wygnańcami. Jeden tęsknił za Górnym Śląskiem, drugi za ukochanym Lwowem, który po zakończeniu wojny do Polski już nie należał. Czyli obaj byli ofiarami okrutnych czasów, w których przyszło im żyć. Dwie wybitne jednostki w zderzeniu z potwornymi totalitaryzmami XX wieku.
Dlatego tę sztukę zapamiętam nie tylko jako wyjątkową historię o wyjątkowych osobowościach polskiej piłki. To dla mnie przede wszystkim lekcja pokory, by nie ferować zbyt łatwych wyroków. I zachęcam wszystkich, by ją obejrzeli i sami się o tym przekonali.
▬ ▬ ● ▬








