Nie chcę wierzyć, ale...

Fot. Trafnie.eu

Informacja o jego śmierci tąpnęła mną tak, jakby odszedł ktoś bliski z rodziny. Czytając kolejny dzień wpisy innych w internecie, chyba nie tylko mną.

Zmarł Jacek Magiera. Miał zaledwie 49 lat. Informacja absolutnie szokująca. Był trenerem, asystentem Jana Urbana w reprezentacji Polski. Ale przede wszystkim był wspaniałym człowiekiem. Zawsze, bez względu na okoliczności. Przyjaznym, niezwykle empatycznym, bez najmniejszego choćby przerostu ego. Miał w sobie mnóstwo pokory, której zdecydowanie brakuje wielu innym w tej branży. Był po prostu normalnym w tym nienormalnym świecie. Jakby przez niedopatrzenie ostał się w nim z jakiegoś poprzedniego, bardziej ludzkiego.

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z nim w… dalekiej Gruzji, prawie trzydzieści lat temu. Był kapitanem reprezentacji młodzieżowej, a ta grała wtedy zwyczajowo dzień wcześniej niż pierwsza reprezentacja z młodzieżówką z tego samego kraju. I w Tbilisi dostała ciężkie lanie, przegrywając 1:5. Magiera nie próbował po meczu udawać mądrzejszego niż jest. Odpowiadał na pytania bez żadnych dąsów, co po takiej klęsce na pewno do przyjemnych nie należało. Żaden „pan piłkarz”, tylko skromny chłopak mocno chodzący po ziemi. Ten obraz pozostał we mnie na zawsze i automatycznie wracał przy kolejnych spotkaniach.

Byłem świadkiem jego debiutu w roli pierwszego trenera w ligowym klubie. W 2016 roku objął Zagłębie Sosnowiec. Grało wtedy w drugiej lidze, wygrywając w Pucharze Polski 3:0 w Legionowie z Legionovią w pierwszym meczu pod jego wodzą. Napisałem wtedy:

„Podobno dobry trener musi być trochę łobuzem. Nowy szkoleniowiec Zagłębia tego wymogu moim zdaniem nie spełnia, bo to sympatyczny i inteligentny człowiek, za co darzę go sympatią. Ale mam nadzieję, że posiada w nadmiarze inne umiejętności, które pozwolą mu odnieść sukces w trudnym fachu”.

Na pewno miał w nadmiarze sporo innych umiejętności, skoro szybko zakończył pracę w Sosnowcu, bo porwała go Legia, z którą zremisował 3:3 w szalonym meczu w Lidze Mistrzów z Realem w Warszawie. Potem, między innymi, został sensacyjnym wicemistrzem Polski ze Śląskiem Wrocław, którego sezon wcześniej uratował przed spadkiem.

Ale nigdy nie był tylko trenerem. Zawsze starał się także wychowywać piłkarzy, z którymi pracował, pokierować nimi poza boiskiem, żeby nie zbłądzili. Podtykał do przeczytania książki mogące pomóc w zrobienie kolejnego ważnego kroku w życiu.

Nie chcę wierzyć, że już go nie ma, ale muszę. Szokujące są okoliczności śmierci (za: radiowroclaw.pl):

„Zasłabł w piątek rano podczas treningu biegowego. Był reanimowany na miejscu. Magiera został przewieziony do Wojskowego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu”.

Niestety nie udało się go uratować i niedługo potem zmarł. Powodem śmierci było zatrzymanie krążenia. Czyli, mówiąc językiem laika, nie wytrzymało serce. Jak to możliwe w przypadku wysportowanego mężczyzny o idealnej sylwetce, który dbał o swoje zdrowie i kondycję? Kiedyś napisałem, że zawód trenera to najwredniejszy z tych związanych z piłką nożną, zmuszający do zmagania się z ciągłym stresem i niewyobrażalną presją. Okazał się zabójczy dla tak wrażliwej i wyjątkowo empatycznej jednostki jak JACEK MAGIERA.

▬ ▬ ● ▬