Lepiej prędko nie będzie

Polskie saneczkarki zdobyły medal na zimowych igrzyskach olimpijskich. Jakim cudem, skoro go nie… zdobyły? No właśnie, bardzo dobre pytanie.

Raz na jakiś czas, choć niezbyt często, stosuję zasadę, którą nazwałem płodozmianem. Czyli podejmuję na tej stronie temat związany ze sportem, ale nie z piłką nożną. Taka odmiana może zmusić do przemyśleń, a przez to prowadzić do ciekawych wniosków. Ponieważ od kilku dni jestem codziennie bombardowany informacjami o zimowych igrzyskach olimpijskich, postanowiłem się pochylić nad tematem. Tak jak przed dwoma laty podsumowałem te letnie.

Generalnie nic się nie zmieniło. I w mojej ocenie wydarzeń, i w sposobie relacjonowania imprez przed rodzime media. Za dobrze wiem jak działają, więc żółta lampka ostrzegawcza cały czas się pali, by nie dać się nabrać na efekciarskie tricki. Ale i tak musiałem się kilka razy poważnie zastanowić, co kryje się pod tytułami tekstów czy wygłaszanymi opiniami na temat wydarzeń w poszczególnych dyscyplinach.

Igrzyska to dla mediów towar wyjątkowego gatunku, gwarantujący potok informacji napływający z Włoch przez ponad dwa tygodnie. Dobrze by było, żeby w tym okresie nasi odgrywali wiodącą rolę w imprezie, bo wtedy każdy materiał lepiej się sprzeda. A jeśli nie odgrywają? Redaktorki i redaktorzy wysłani do Włoch starają się przynajmniej o to, by ciężko było ów fakt zauważyć.

Włączyłem telewizor gdy akurat jakiś biegacz narciarski zajął dwudzieste któreś miejsce. Został na tę okoliczność przepytywany i stwierdził, że jest bardzo zadowolony ze swego startu. Redaktor przepytujący chyba też, skoro nie zdecydował się na żadne pytanie kontrujące, mogące w jakimś stopniu zachwiać dobrym samopoczuciem zawodnika.

Dowiedziałem się, że Aleksandra Król-Walas, startująca w snowboardowym slalomie gigancie równoległym, nie awansowała do półfinału TYLKO przez jeden błąd popełniony podczas przejazdu. Na Boga, przecież właśnie przez takie błędy lub ich uniknięcie zdobywa się medale albo przegrywa! Szczególnie w takich momentach jak igrzyska.

Ale zupełnie wymiękłem czytając relację ze startu Nikoli Domowicz i Dominiki Piwkowskiej w rywalizacji saneczkarskich dwójek. Gdy trafiłem w tytule na „łzy szczęścia”, zacząłem się poważnie zastanawiać, czy zdobyły medal? W takim tonie relacjonowany był ich start. Choć moja wiedza o sportach zimowych nie jest za mocna, wiedziałem jednak, że akurat w saneczkarstwie reprezentantki i reprezentanci Polski raczej się nie liczą. Czyżby jednak stał się cud? Mógł go uwiarygadniać zamieszczony wpis w internecie, cytujący rezolutne panie (za: X): „MY PO PROSTU JESTEŚMY ZA*****STE”. Pewnie są, skoro tak uważają, a ich wynik, szóste miejsce, określany jest jako „gigantyczny sukces”.

Zastanawiam się, co by się działo, gdyby nie Kacper Tomasiak, który „napisał absolutnie szaloną i niesamowitą historię na igrzyskach olimpijskich”, zdobywając w skokach srebrny medal. Po prostu spadł z nieba, dosłownie i w przenośni. Już zrobiono w niego narodowego bohatera prześwietlając na wylot życie, choć jest ono jeszcze bardzo krótkie, bo przeżył zaledwie 19 lat.

A mówimy o dorobku wielkiego kraju, który ma ponad 37 milionów obywateli. Dlatego puenta z tekstu sprzed dwóch lat poświęconego letnim igrzyskom w Paryżu, nadaje się też do tych zimowych:

„Lepiej prędko nie będzie, o ile kiedykolwiek będzie lepiej. Dlatego nie dajcie się nabrać, gdy zaraz się okaże, że jakiś wasz rodak zdobył brązowy medal (na przykład) w mistrzostwach Europy, a jest przez rodzime media portretowany niczym mistrz olimpijski”.

▬ ▬ ● ▬