Kiedy warto być turystą

Fot. Trafnie.eu

Lech Poznań pokonał aż 7:1 islandzki Breiðablik w drugiej rundzie kwalifikacji do Ligi Mistrzów. Dlatego rewanż za tydzień powinien być wyłącznie formalnością.

Ale zwycięstwo wcale nie wydawało mi się takie oczywiste, choć zdawałem sobie sprawę, że rywale są zdecydowanie słabsi od mistrzów Polski. Obawiałem się nie tyle Islandczyków, co… Lecha. Czy po dwóch bolesnych porażkach w Superpucharze Polski i inauguracyjnym meczu nowego sezonu Ekstraklasy jego piłkarze nie przegrają sami ze sobą? Czy ich głowy dojadą na mecz wyczyszczone z negatywnych odczuć?

Dojechały na pewno. Lech prowadził już po czterech minutach, ale potem Breiðablik niespodziewanie wywalczył rzut karny, zdobywając wyrównującą bramkę. Dziwny to był karny, bo faulujący Antonio Milić znajdował się przed faulowanym Valgeirem Valgeirssonem. Ale nawet ten drobiazg zupełnie stracił na znaczeniu w kontekście dalszego przebiegu meczu, naprawdę trudnego do przewidzenia nawet dla największych optymistów.

Piłkarze Lecha po stracie bramki nie „pękli”, tylko dalej grali jak od początku meczu. A ten dość szybko zaczął toczyć się na jednej połowie. Gospodarze starali się grać w piłkę, a goście głównie im w tym przeszkadzać na miarę posiadanych umiejętności. Islandczycy jedyną sytuację pod bramką Lecha wartą odnotowania stworzyli przy wspomnianym rzucie karnym. Potem byli już tylko szarym tłem. Po wyrzuceniu z boiska jednego z ich zawodników, Viktora Örna Margeirssona, gdy nieprawidłowo zatrzymał wychodzącego na czystą pozycję Mikaela Ishaka, rzadko przekraczali środkową linię.

Za to piłka zaczęła regularnie przekraczać linię ich bramki, bo piłkarze Lecha zdobywali kolejne gole. W sumie pięć do przerwy, a w drugiej połowie jeszcze dwa. Trzy zdobył Ishak i wszystkie z rzutów karnych! To naprawdę wyczyn godny uznania, bo jednego w meczu jeszcze strzelić teoretycznie nie tak trudno, ale każdy kolejny stanowi już większe wyzwanie dla strzelającego – uderzyć piłkę w ten sam róg, jak poprzednio, czy jednak w inny? Szwed posłał ją za każdym razem w ten prawy, z punktu widzenia bramkarza Antona Ari Einarssona, czyli perfekcyjnie wytrzymał ciśnienie aż trzy razy.

Trener Islandczyków Halldór Árnason twierdził przed meczem, że jego zawodnicy nie przylecieli do Polski jako turyści, co miało oznaczać, że chcą wywalczyć korzystny wynik. Można mu wierzyć, choć ich wrażenia turystyczne będą z pewnością znacznie przyjemniejsze niż piłkarskie.

Oczywiście żadnego przeciwnika lekceważyć nie można, ale podróż na mecz rewanżowy za tydzień na piękną Islandię, będzie dla zawodników mistrza Polski miała charakter głównie turystyczny. W pełni na to zasłużyli występem w pierwszym meczu.

▬ ▬ ● ▬