Jeśli dobrze zrozumiałem…

Fot. Trafnie.eu

Po meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata w Kownie, tym razem w mediach mniej niż poprzednio było komentarzy związanych z grą drużyny.

Przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Zakładając, że wniosek jest słuszny, w miarę łatwo go wytłumaczyć. Choć mecz z Litwą do porywających spektakli nie należał, reprezentacja wykonała zadanie i jest już dosłownie milimetry od wywalczenia prawa gry w barażach. Nie ma więc najmniejszego sensu i potrzeby, by się nad kimkolwiek znęcać i pastwić, wytykając bez znieczulenia błędy.

Za to wiele uwagi poświęcono wydarzeniom, które działy się wokół meczu. A był on, z zachowaniem odpowiednich proporcji, w pewnym sensie podobny do spotkania Czechów ze Słowakami po podziale ich wspólnego państwa. Przecież Rzeczpospolita Obojga Narodów powstała z połączenia Korony Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego w 1569 roku na mocy Unii Lubelskiej. Istniała aż do rozbiorów w 1795 roku. Czyli znacznie wcześniej niż nastąpił podział Czechosłowacji, więc pamięć o tym jest dużo słabsza w Polsce i na Litwie.

Ale pamiątek wspólnej historii można znaleźć wiele. Także w sporcie. Stadion w Kownie, na którym rozgrywano mecz, nosi imię dwóch lotników. Steponas Darius wraz ze Stasysem Girėnasem w lipcu 1933 roku podjęli próbę przelotu bez lądowania przez Atlantyk, z Nowego Jorku do Kowna, czyli ponad siedem tysięcy kilometrów! Niestety zakończyła się tragicznie. Samolot rozbił się na terenie ówczesnej Trzeciej Rzeszy, dziś należącym do Polski. W miejscu katastrofy, koło wsi Pszczelnik pod Myśliborzem w województwie zachodniopomorskim, dwaj bohaterzy narodowi Litwy mają swój pomnik i niewielkie muzeum.

W kadrze gospodarzy na niedzielny mecz było aż siedmiu zawodników, którzy wcześniej występowali w polskich klubach (za: 90minut.pl): Artemijus Tutyškinas (Escola Varsovia Warszawa, ŁKS Łódź), Fedor Černych (Górnik Łęczna, Jagiellonia Białystok), Edvinas Girdvainis (Piast Gliwice), Paulius Golubickas (Radomiak Radom), Justas Lasickas (Jagiellonia Białystok), Džiugas Bartkus (Górnik Łęczna) i Markas Beneta (Zagłębie Sosnowiec).

Pierwszy z wymienionych pojawił się dzień przed meczem na oficjalnej konferencji prasowej. Byłem pod wrażeniem jak wspaniale mówi po polsku – absolutnie bez najmniejszego obcego akcentu! Nie tylko ja, bo jeden z dziennikarzy zadając mu kolejne pytanie najpierw pogratulował znajomości języka.

Biorąc to wszystko pod uwagę, pewien zgrzyt stanowiło dla mnie zachowanie polskich kibiców na meczu. Przygotowali oprawę z sektorówką, mocno dopingowali swoich piłkarzy, zagłuszając przy tym Litwinów na pozostałej części trybun. I niemal przez cały mecz powtarzali przyśpiewkę:

„I znowu wyjazdowy mecz,

I znowu mi się śpiewać chce,

Polska, my z wami,

Jazda z k…”

Jeśli dobrze zrozumiałem, to standard śpiewany na wyjazdowych meczach. Rozumiem, że ci, którzy się na nich pojawiają, zawsze patrzą na miejscowych z wyższością. Taka mentalność. Ale przynajmniej tym razem mogli pozwolić trochę mocniej popracować rozumowi. Żadnej agresji ze strony Litwinów nie było, więc przydałoby się choć trochę docenić wspólną sąsiedzką historię i odpłacić za bezproblemowe przyjęcie.

▬ ▬ ● ▬