Doić ile się tylko da

W subiektywnym podsumowaniu tygodnia o dwóch tematach związanych z La Liga, które zbulwersowały nie tylko Hiszpanów. Można je sprowadzić do…

W trwającej kolejce hiszpańskiej ligi zawodnicy postanowili zaprotestować. Po rozpoczęciu meczów przez kilkanaście sekund stali na boisku nie kopiąc dalej piłki, co wcześniej oczywiście między sobą ustalili.

W ten sposób postanowili zaprotestować przeciwko planom rozegrania w grudniu meczu La Liga pomiędzy Villarrealem i Barceloną w… Miami. To ma być element marketingowej ekspansji rozgrywek i próby podbicia Stanów Zjednoczonych, czyli potencjalnie bardzo perspektywicznego i wielkiego nowego rynku. Argument jest taki, że jak nie zrobimy tego my, zrobią to inni. Precedensem w wytransferowaniu meczów drużyn największych lig poza Europę już jest rywalizacja o superpuchar Włoch czy Hiszpanii, odbywających się podczas mini turniejów organizowanych w Arabii Saudyjskiej (wcześniej Włosi rywalizowali też w Chinach i Katarze). Oczywiście za wielką kasę.

Pomysł przeniesienia meczu La Liga do Stanów Zjednoczonych też ma takie tło. Tylko, że odbędzie się to kosztem zawodników. Długi przelot na inny kontynent, do innej strefy czasowej ma niewiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Tym bardziej, że dzieję się to w okresie coraz bardziej przeładowanego kalendarza wszelkich rozgrywek, na niecały rok przed finałami mistrzostw świata, które będą rekordowo długie ponieważ wystąpi w nich absurdalna liczba drużyn - aż 48!

Ale nikt o zdanie nie pyta tych, którym próbuje się fundować taki program. Dlatego piłkarze klubów La Liga postanowili wyrazić swoje zdanie w formie protestu. Jeden z nich odbył się w meczu Barcelony z Gironą. Wziął w nim udział największy gwiazdor pierwszej z drużyn, Lamine Yamal. Zaledwie kilka dni wcześniej skoncentrował na sobie uwagę mediów i kibiców nie tylko w Hiszpanii z zupełnie innego powodu.

Piłkarzem jest, nie boję się tego napisać, genialnym, więc chce zarobić dodatkowo na swojej niewyobrażalnej wręcz popularności. Jak podał hiszpański dziennik „Mundo Deportivo” postanowił ją zmonetyzować (za: sport.tvp.pl):

„Yamal niebawem rozpocznie współpracę z firmą, która specjalizuje się w sprzedaży odzieży i gadżetów gwiazd sportu z autografami. Osoby, które zarządzają jego kontraktami reklamowymi, zaleciły mu zaprzestanie rozdawania autografów. Barcelona również wymaga podpisów od swoich zawodników w ramach różnych zobowiązań. Obecnie trwają negocjacje w sprawie uzyskania dostępu do określonej liczby autografów Yamala, aby wywiązać się ze zobowiązań.

Jedna z firm ma sprzedawać podpisane przez 18-latka przedmioty: między innymi koszulki, szaliki, buty oraz inne gadżety. Autograf gwiazdy Barcy ma się stać czymś elitarnym i trudnym do zdobycia. Dlatego też piłkarz nie rozdaje już podpisów kibicom”.

Wbrew pozorom mecz w Miami można razem z pomysłem Yamala sprowadzić do wspólnego mianownika. W jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z tym samym podejściem do piłki – doić ile się tylko da! To wielki biznes, z którego każdy próbuje wyciągnąć jak najwięcej. Skoro jedni każą piłkarzom grać niemal bez przerwy, by jeszcze więcej zarobić, zupełnie nie przejmując się ich zdrowiem, dlaczego mielibyśmy wymagać od jednego z tych grajków (a raczej ludzi z jego otoczenia), by interesował się jakimiś zwykłymi kibicami, marzącymi o pamiątce z jego autografem? A ci w każdym przypadku zapłacą za te pomysły najdrożej. Dosłownie lub w przenośni.

▬ ▬ ● ▬