Diabelska myśl

Fot. Mateusz Kostrzewa/legia.com

Zakończyła się pierwsza kolejka Ekstraklasy po zimowej przerwie. Najważniejsze, że się w ogóle odbyła niemal bez żadnych strat. Choć tu można już polemizować.

Przyznaję, że nie do końca wierzyłem, że wszystkie mecze zostaną rozegrane ze względu na pogodę. Tego Radomiaka z Arką Gdynia pod uwagę nie biorę, ponieważ odwołano go z innych przyczyn, czyli awarii oświetlenia na stadionie w Radomiu.

I rzeczywiście mecze się odbyły, to fakt. Można już jednak polemizować, czy w każdym rzeczywiście grano w piłkę, czy tylko próbowano w nią grać. Ponieważ działo się to przy następujących temperaturach (za: 90minut.pl):

Zagłębie Lubin - GKS Katowice: -1°C

Górnik Zabrze - Piast Gliwice: -7°C

Widzew Łódź - Jagiellonia Białystok: -10°C

Lech Poznań - Lechia Gdańsk: -10°C

Motor Lublin - Pogoń Szczecin: -14°C

Wisła Płock - Raków Częstochowa: -10°C

Legia Warszawa - Korona Kielce: -12°C

Bruk-Bet Termalica Nieciecza - Cracovia: -10°C

To wszystko temperatury rzeczywiste, odczuwalne były jeszcze o kilka stopni niższe! Ale nie tylko one przeszkadzały w normalnej grze w piłkę. W Lublinie na części murawy znajdującej się w cieniu rzucanym przez dach znajdujący się nad trybunami utrzymywał się biały mroźny nalot. W Warszawie boisko w kolorze zielono-podobnym było w stanie wręcz tragicznym.

Mroźna pogoda odbiła się też na frekwencji. Widać to było najlepiej na meczu Legii. Na trybunach, choć od wielu tygodni kibice czekali na debiut wręcz wymarzonego trenera Marka Papszuna, zasiadło zaledwie 14 585 widzów. Dla porównania - w listopadzie ubiegłego roku spotkanie z Lechią obejrzało 21 138 (nie licząc tego grudniowego z Piastem, na którym kibice organizowali protest na trybunach, więc frekwencja była niższa - 17 516, ale i tak wyższa niż w niedzielę).

Otwarcie sprzeciwiał się rywalizacji w takich warunkach właściciel Pogoni Szczecin Alex Haditaghi. W mediach społecznościowych uznał za niedopuszczalne, by wymagać od zawodników gry w „tak ekstremalnym mrozie”. Przełożenie meczu z Motorem z pewnością przydałoby się jego drużynie, bo przegrała 1:2. Tak samo jak Widzewowi, który który przegrał z Jagiellonią 1:3. Łódzki klub w zimowej przerwie koncentrował na sobie zdecydowanie największą uwagę. Media podniecały się jego kolejnymi transferami z upodobaniem podkreślając ile nowy właściciel Robert Dobrzycki wydał na nie pieniędzy (ponad 13 milionów euro). I z tej okazji chyba trochę go poniosło, gdy stwierdził, że (za: sport.pl):

„W polskiej piłce i w Polsce jest kult dziadostwa”.

I dodał:

„Chcemy zbudować hegemona, ale to proces. Same pieniądze niczego nie gwarantują”.

W rzeczy samej. Warto przypomnieć, że każdy piłkarz wart jest tylko i wyłącznie tyle, ile znaczy dla konkretnej drużyny! Nieważne ile za niego zapłacono. Nieważne ile wydano na wszystkich. Boleśnie przekonał się o tym nie tylko pan Dobrzycki, ale i kibice Widzewa, który niestety, co trzeba z bólem przyznać, zaprezentował się… dziadowsko. Jagiellonia była od niego dużo lepsza, a przede wszystkim wyglądała jak dojrzała drużyna na tle grupy zawodników, którzy nią jeszcze nie są. A czy staną się w najbliższych meczach na miarę gigantycznych oczekiwań?

Dobre pytanie. Nie tylko do Widzewa, ale też Legii, której meczowi w Warszawie z Koroną również towarzyszyło wielkie oczekiwanie związane z trenerem Papszunem. Debiut zaliczył nieudany, bo zakończony porażką 1:2, która musi boleć tym bardziej, że decydująca o wyniku bramka padła w 90. minucie.

Widzew i Legia są w strefie spadkowej. To naprawdę nie żarty. Nikt się przed nimi nie położy w następnych kolejkach i nie pozwoli zdobywać tak potrzebnych punktów. Wręcz przeciwnie, pomoże najwyżej do końca się wywrócić, by sycić się upadkiem dwóch potencjalnych ligowych potęg, ale na razie zdecydowanie papierowych. Zanim znów zaczną marzyć o mistrzostwie, niech najpierw nie zapomną utrzymać się w lidze!

Przed startem drugiej części sezonu słyszałem głosy, że jednym z największych faworytów do tytułu będzie Lech, do składu którego wróciło kilku kontuzjowanych graczy. Może i będzie, ale na razie nie jest, bo Lechia ograła go w Poznaniu, całkiem zasłużenie, 3:1. Po tym zwycięstwie drużyna z Gdańska ma 23 punkty. Gdyby dodać jej 5 karnie odjętych za zaległości finansowe, byłaby piąta, tuż za strefą gwarantującą start w europejskich pucharach w przyszłym sezonie.

Jest trochę niedoceniana, takie odnoszę wrażenie. Może dlatego, że ujemne punkty zepchnęły ją na dalekie miejsce w tabeli. I przyszła mi do głowy taka diabelska myśl. A gdyby tak Lechia okazała się rewelacją drugiej części sezonu i w całym zdobyła najwięcej punktów? Zdobyła, co nie znaczy, że wszystkie uwzględniono by w tabeli, bo oczywiście 5 pozostawałoby dalej odjętych. I gdyby właśnie te odjęte zadecydowały, że nie zostałaby mistrzem?

Lepiej nie. Już wyobrażam sobie, co by się działo. Nie muszę mieć bujnej wyobraźni, bo wiem, co się dzieje od lat z tytułem mistrza Polski odebranym w 1993 roku...

▬ ▬ ● ▬