2026-01-26
Bomby i hity?
Od wielu dni jestem systematycznie zasypywany informacjami o transferach zawodników do polskiej ligi. Gdyby im wierzyć, właściwie wszystkie są wyjątkowe.
Transferowe „niusy” to ulubiony pokarm, którym lubią się pożywić współczesne sportowe media. Z pewnością zawsze dobrze się klikają, szczególnie, gdy się je odpowiednio „podkręci”. To akurat nie należy do najtrudniejszych zadań, bowiem zawsze gdzieś w tle pojawiają się pieniądze (kwoty transferowe, klauzule odstępnego, pensje), które potrafią przyciągać uwagę potencjalnych czytelników. Choć i tak w większości tytułów takich „niusów” pojawia się jedno z dwóch słów mających dowodzić ich wyjątkowości – „bomba” lub "hit”. Dlatego prawie codziennie w rodzimych mediach wybuchają transferowe bomby, choć mnie raczej żadna nie powaliła siłą przekazu. Od lat pozostaję przecież niereformowalnym realistą.
Największe transferowe bomby mają dotyczyć ciągle potencjalnych reprezentantów Polski, którzy po występach na obczyźnie zatęsknili za ojczyzną. Taki dobór zawodników ściąganych do Ekstraklasy ma w zamyśle rodzimych mediów gwarantować coś absolutnie wyjątkowego. Czyli płynie w tego prosty przekaz – będzie się działo!
Mam na myśli transfery: Mariusza Stępińskiego (Omonia Nikozja - Korona Kielce), Bartłomieja Drągowskiego (Panathinaikos Ateny – Widzew Łódź), Pawła Dawidowicza (wolny zawodnik - Raków Częstochowa) czy Pawła Bochniewicza (SC Heerenveen – Górnik Zabrze). Z medialnego przekazu płynie wiara, że z nimi w składzie ich drużyny zawojują Ekstraklasę.
Zamiast się tym przekazem podniecać, zacząłem grzebać w pamięci, specjalnie nieodległej, by przypomnieć sobie podobne przypadki z poprzedniego roku, gdy do Polski wracali piłkarze z podobnej półki. Czyli też ciągle potencjalni reprezentanci, też witani w ojczyźnie z fanfarami. I niestety od razu pojawiło się pytanie – czy rzeczywiście takimi transferowymi bombami i hitami się okazali?
Jeden zespół wręcz idealnie nadaje się do porównania. W ubiegłym roku do Legii zostało ściągniętych aż czterech zawodników o podobnej charakterystyce: Arkadiusz Reca, Kamil Piątkowski, Damian Szymański i Kacper Urbański. Wydawać się mogło, że z nimi w składzie warszawska drużyna może rządzić w Ekstraklasie. A było dokładnie odwrotnie, wystarczy sprawdzić, które miejsce zajmuje po jesiennej części sezonu. Nie tylko nie stali się gwiazdami ligi, ale przy ich nazwiskach zaczęło pojawiać się określenie – „transferowy niewypał”. Okazało się, że powrót do ojczyzny wcale nie musi być taki łatwy, nawet jak się ma na koncie występy w lepszych ligach.
Analizując występy wymienionej wcześniej czwórki w obecnym sezonie trudno nie oprzeć się wrażeniu, że dla nich sukcesem będą już same regularne występy w Ekstraklasie! Stępiński zagrał w (za: livescore.in) 4 meczach w lidze cypryjskiej, po raz ostatni w październiku. Drągowski w 6 w lidze greckiej, ostatni raz w listopadzie. Dawidowicz przez pół roku w ogóle nie grał, a ostatni mecz w barwach Hellas Verona w Serie A zaliczył w maju. Wreszcie Bochniewicz doznał aż dwa razy zerwania więzadeł w kolanie w czasie pobytu w Holandii, a w tym sezonie po kontuzji wystąpił w Eredivisie, czyli miejscowej ekstraklasie, przez 3… minuty.
Lepiej więc z tymi bombami i hitami nie przesadzać, bo nakręcając tak spiralę oczekiwań można tylko wspomnianym piłkarzom zrobić krzywdę.
▬ ▬ ● ▬







